Nauczyciele strajkowali, związkowcy lobbowali, ministerstwo odpierało ataki, a rodzice i uczniowie się przejmowali. Najtrudniejsze zadanie mieli jednak dyrektorzy – wrzuceni w środek protestu niczym w oko cyklonu łagodzili spory i uspokajali strony konfliktu. Z jakimi wyzwaniami musieli się zmierzyć?

Fragment artykułu z miesięcznika "Dyrektor Szkoły" 2019/6

Największy od 1996 r. strajk pracowników oświaty rozpoczął się 8 kwietnia. W wielu publicznych szkołach w Polsce (w ocenie resortu edukacji w 48,5%, w ocenie Związku Nauczycielstwa Polskiego w 74,29%) sale lekcyjne opustoszały, na korytarzach echem niosły się pojedyncze kroki, pełne były natomiast pokoje nauczycielskie, gdzie pedagodzy demonstrowali swój sprzeciw wobec sytuacji w oświacie. Równie napięta atmosfera panowała w gabinetach dyrektorów, którzy usiłowali na bieżąco rozwiązywać pojawiające się problemy.
Zgodnie z art. 21 ust. 1 i 2 ustawy z 23.05.1991 r. o rozwiązywaniu sporów zbiorowych (Dz.U. z 2019 r. poz. 174) organizatorzy strajku byli zobowiązani współdziałać z dyrektorem szkoły w zakresie niezbędnym do zapewnienia ochrony zakładu pracy i nieprzerwanej pracy obiektów. Jednak w praktyce to on odpowiadał za kontakty ze strajkującymi, a także odpowiedni przebieg protestu.
Strajk pracowników nie jest sytuacją typową dla szkoły, więc trudności jest dużo. Trzeba pogodzić interesy uczniów i rodziców, pracowników strajkujących i niestrajkujących, organu prowadzącego i nadzorującego oraz opinii publicznej i mediów – wylicza Jolanta Skrzypczyńska, dyrektor I Liceum Ogólnokształcącego im. Adama Mickiewicza w Olsztynie. – Moja rola jest bardzo ważna. To my jesteśmy wystawiani na pierwszą linię frontu. Do kogo mają się zwracać zaniepokojeni uczniowie i rodzice, z kim mają rozmawiać konfliktujący się nauczyciele? Szkoła w mojej opinii jest w tym czasie w kryzysowej sytuacji i właśnie na dyrektora spada obowiązek, aby nad tym panować.