Marzy nam się, że absolwenci wchodzący na rynek pracy będą samodzielni, przedsiębiorczy i proaktywni. Jednocześnie wyobrażamy sobie, że wystarczy im do tego serwowana w szkole teoria przedsiębiorczości. Nie tędy droga.

Fragment artykułu z miesięcznika "Dyrektor Szkoły" 2019/11

Ostatnie miesiące, a nawet lata, upływają w naszym kraju pod znakiem gorącej dyskusji wokół polityki społecznej. Bardzo szeroko komentuje się najróżniejsze posunięcia w rodzaju programu Rodzina 500+ itp. Rząd uparcie twierdzi, że tego rodzaju inwestycja szybko się zwraca i przyczynia do jeszcze bardziej dynamicznego rozruszania gospodarki. Krytycy tych rozwiązań w pierwszej kolejności przypominają, że bogactwa nie da się wprowadzić przy pomocy dekretów, a po drugie – że zdobywa się je ciężką pracą.
Jeszcze więcej kontrowersji wzbudził projekt podniesienia płacy minimalnej do poziomu 4 tys. zł. Część ekonomistów podobne pomysły postrzega przede wszystkim jako „karę” dla przedsiębiorców, których na wypłacanie takich pensji po prostu nie stać. Nie wchodząc szczególnie w te dyskusje, można odnieść wrażenie, że gdzieś po drodze zagubił się zupełnie inny priorytet: skuteczna, odpolityczniona, realna nauka przedsiębiorczości. Nagrody od państwa dla wszystkich i praktycznie za nic obciążone są ryzykiem rozleniwiania narodu, z czym zgodzi się wielu psychologów społecznych.
Owszem, w szkołach ponadpodstawowych nauczany jest przedmiot podstawy przedsiębiorczości. Ma on jednak niewiele wspólnego z kształtowaniem przedsiębiorczych postaw, podobnie jak wiedza o społeczeństwie ponosi fiasko w kształtowaniu postaw obywatelskich.