Pod koniec maja rząd umożliwił częściowy powrót do szkół podstawowych dzieci z klas I–III – mogły korzystać z zajęć opiekuńczo-wychowawczych z elementami zajęć dydaktycznych. Ponadto zezwolono na osobiste konsultacje z nauczycielami – najpierw osobom zdającym egzamin ósmoklasisty i maturę, tydzień później wszystkim uczniom. Czy dyrektorzy poradzili sobie z organizacją opieki i spotkań stacjonarnych w warunkach reżimu sanitarnego? Jak wyglądał powrót do szkoły obwarowanej zaleceniami i nakazem dystansu?

Fragment artykułu z miesięcznika "Dyrektor Szkoły" 2020/7

Po dwóch miesiącach zamknięcia placówki oświatowe powoli wracały do życia. Od 6 maja rozpoczęły pracę przedszkola, od 18 – można było prowadzić zajęcia praktyczne w szkołach branżowych, a także bezpośrednie zajęcia z dziećmi posiadającymi opinię o potrzebie wczesnego wspomagania rozwoju oraz uczniami z orzeczeniem.
(…)
Organizując zajęcia, dyrektorzy musieli uwzględnić m.in. rygorystyczne zasady zawarte w wytycznych dla szkół podstawowych opracowanych przez Główny Inspektorat Sanitarny oraz resorty zdrowia i edukacji.
(…)
Ponadto sale należało wietrzyć co najmniej raz na godzinę, uczniowie winni ograniczać kontakty między sobą, nie wolno było organizować wyjść poza teren szkoły, a korzystanie z boiska było możliwe pod warunkiem, że sprzęt jest dezynfekowany i grupy nie stykają się ze sobą. Dyrektorzy odpowiadali za spełnianie wymagań w zakresie higieny, dezynfekcji powierzchni, pomieszczeń, sprzętu, powinni zapewnić sprzęt ochrony osobistej pracownikom, opracować procedury, zebrać stosowne deklaracje i oświadczenia od rodziców, dopilnować przestrzegania zasad. Lista wytycznych była długa, wykonanie i odpowiedzialność spoczywały na dyrektorach szkół w porozumieniu z organem prowadzącym.
Procedury były opracowane, sale wysprzątane i odkażone, dywany, pufy i inne rzeczy, których nie da się skutecznie dezynfekować – pochowane, wszędzie pusto i łyso. Z budżetu szkoły zakupiliśmy środki ochrony osobistej dla pracowników, z organu prowadzącego dostaliśmy tylko płyn do dezynfekcji, ten obiecany przez resort edukacji nie dotarł. Zamontowanie oferowanego dyspensera z płynem do dezynfekcji było niemożliwe z powodu niespełniania wymagań technicznych, rękawiczki, maseczki, przyłbice zakupiliśmy sami, na profesjonalne fartuchy po prawie 100 zł za sztukę nas nie stać – wylicza Alicja Kapcia, dyrektor Szkoły Podstawowej nr 56 im. Tadeusza Rejtana w Krakowie. – Większość rodziców jednak bała się ryzykować, posyłając dzieci do szkoły.