Spowodowana stanem epidemii konieczność obowiązkowego przejścia szkół na system edukacji zdalnej była ogromnym wyzwaniem dla nauczycieli, uczniów i rodziców. Wykorzystując doświadczenia praktyków, przedstawiam kilka konkretnych rozwiązań, wskazuję też szanse, jakie kryją się w nauczaniu łączącym pracę on-line i off-line.

Fragment artykułu z miesięcznika "Dyrektor Szkoły" 2020/5

Na początek marzenie pewnego gimnazjalisty: Wyobraźmy sobie lekcje tylko i wyłącznie multimedialne, w których każdy uczeń pojmowałby wiedzę poprzez wizualizację, pamięć słuchową oraz własne zaangażowanie. Każdy uczestnik miałby do dyspozycji cyfrowy notes, służący jednocześnie za zeszyt i uniwersalny podręcznik. Nauczyciele mieliby interaktywne końcówki, które kontrolowałyby postępy uczniów, a także komunikatory służące do kontaktu. Zamiast sprawdzianów byłyby różnorodne multimedialne quizy. Lekcje, z obowiązkiem meldowania się w budynku szkoły, zostałyby zastąpione lekcjami w sieci i komputerowymi konsultacjami przy wspólnych projektach (G. Grzegorczyk, Edukacja według konektywistów, „Meritum” 2014/1).
Ta uczniowska wizja zmaterializowała się w marcu równie niespodziewanie, co boleśnie. Zamiast radości ze spełnionych marzeń o szkole XXI wieku przeważało zmęczenie, frustracja i koncentrowanie się na formalno-biurokratycznych aspektach kształcenia na odległość. Kiedy życie powiedziało: sprawdzam, okazało się, że trudno sobie poradzić z wyzwaniem, na które system edukacji w rzeczywistości nie był przygotowany.
W mojej opinii przeszkodami realizowania skutecznego procesu edukacyjnego w sytuacji izolacji uczniów od szkoły i nauczycieli były m.in. zawężona interpretacja idei kształcenia na odległość oraz stosowanie transmisyjnego modelu nauczania. Takie podejście zdominowało pierwszy etap przejścia na zdalną formę uczenia, kiedy to wielu nauczycieli przyjęło strategię polegającą na elektronicznym przesyłaniu poleceń: przeczytaj, napisz, zrób, wyślij zdjęcie. Zobowiązani przez dyrektorów do dokumentowania swojej pracy, koncentrowali się na tabelkach i opisach działań, zaś dyrektorzy monitorowani przez kuratoria – na pozyskiwaniu informacji, przekazywaniu raportów i zmaganiu się z interpretacją kolejnych rozporządzeń. Można było odnieść wrażenie, że – jak w anegdocie – wszyscy biegają coraz szybciej z pustymi taczkami, bo nie mają czasu ich załadować. A przecież kształcenie na odległość jest koncepcją o wiele starszą niż internet, może być realizowane w różny sposób i nie jest synonimem samokształcenia.